czwartek, 11 października 2007
#:/
Wiecie, ile w Japonii kosztuje Xbox 360 w wersji Elite, za którego w Polsce trzeba zapłacić 1770zł? 1050 zł. A wiecie, w jakim systemie nie działa? W PAL. A z jakimi grami nie działa? Z tymi wydawanymi w Europie. A wiecie co o tym sądzę? :////
sobota, 6 października 2007
Dzięki! :)
Genialne patenty cz. 1
O Japończykach można mówić wiele, także o tym, że są dziwni i robią dziwne rzeczy w dziwny sposób. Prawda. Miewają też genialne pomysły i potrafią je wprowadzać w życie. Rozpoczynamy dziś serię, w której będziemy przedstawiać niektóre z nich.
Na pierwszy rzut - no właśnie. Nie powiem co to, zgadujcie. Chodzi o te żółte pasy (dodam, że mają na sobie podłużne karby) na chodnikach. Osoby, które wiedzą, niech nie podpowiadają! ;)
Japan auto-style.
Długi weekend!
I nastał długi weekend - w Japonii poniedziałek jest dniem wolnym, z okazji Święta Tężyzny Fizycznej :D Chyba wypiję z tej okazji piwko czy co ;P
A tak poza tym cóż? Pierwszy tydzień szkoły za nami, w wyniku przetasowań zajęciowych w przyszłym nie będziemy już mieli nic razem. Przedwczoraj skierowani przez panią szkolną sekretarkę udaliśmy się do księgarni, znajdującej się w małym mieszkanku (i nazywającej się Wielka Dolina :D) gdzie przez pół godziny zastanawialiśmy się, które książki kupić - jest to bowiem księgarnia, sprzedająca tylko i wyłącznie materiały do nauki japońskiego - wszystkie poziomy, wszystkie dziedziny, czego dusza zapragnie! Totalny wypas. W końcu kupiliśmy 5 najbardziej interesujących pozycji, ale z całą pewnością jeszcze tam kiedyś wrócimy...
Zjedliśmy po suupaabaageerze (american style, na tależu osobno bułka i wszystkie składniki) i wypchani na maksa potoczyliśmy się do domu.
środa, 3 października 2007
Back to school.
Wybaczcie, że trochę zaniedbaliśmy blogowe obowiązki, lecz... nie no, w sumie nie ma dobrej wymówki ;D
Z nowości - zaczęliśmy szkołę. W poniedziałek test a potem pierwsze zajęcia. Wrażenia mamy... mieszane. Po pierwsze - są duże trudności z dostosowaniem poziomu. Grup nie ma wiele. Ogólnie jest tak, że osoby, które trochę sie już uczą, mówią bardziej naturalnie niż my (z przyczyn oczywistych). Z drugiej strony poziom gramatyki (o znakach już nie wspomniawszy) jest, delikatnie mówiąc, bardzo niski. Na razie próbujemy znaleźć optymalne rozwiązanie, zobaczymy jak sprawy się potoczą.
Z nowości - zaczęliśmy szkołę. W poniedziałek test a potem pierwsze zajęcia. Wrażenia mamy... mieszane. Po pierwsze - są duże trudności z dostosowaniem poziomu. Grup nie ma wiele. Ogólnie jest tak, że osoby, które trochę sie już uczą, mówią bardziej naturalnie niż my (z przyczyn oczywistych). Z drugiej strony poziom gramatyki (o znakach już nie wspomniawszy) jest, delikatnie mówiąc, bardzo niski. Na razie próbujemy znaleźć optymalne rozwiązanie, zobaczymy jak sprawy się potoczą.
czwartek, 27 września 2007
Zdjęcia.
Z przyczyn estetycznych na blogu pokazujemy Wam tylko niektóre zdjęcia. Wszystkie można zobaczyć w onlajnowym albumie.
środa, 26 września 2007
Wciąż w Japonii.
Po lewej stronie widzicie nasz nowy, tymczasowy dom :) Niekoniecznie łatwo przyszło nam się do niego dostać. Wsiedliśmy w taksówkę na lotnisku a miły pan szofer zawiózł nas na miejsce. Musicie jednak wiedzieć, że w Japonii ulice na ogół nie mają nazw, a adres znajduje się (albo nie) po dzielnicy, następnie jakby pomniejszej dzielnicy, a na koniec kwartale (w którym jest wiele budynków i nie sposób poznać, który to nasz). Przez pół godziny łaziliśmy tam i z powrotem z walizami. Koniec końców udało nam się, choć byliśmy bliscy załamania.
Na zdjęciu po prawej widnieje, jak się chyba domyślacie, piękna, tradycyjna remiza.
Poniżej zaś współautor tych skromnych słów przed megawielkim publicznym lusterkiem do demakijażu :]
Na dziś kończymy, bo kiedyś trzeba iść spać. Powrócimy jutro aby - jak zwykle - zdobywać świat, o wszystkim Was informując!
wtorek, 25 września 2007
No i tak - jesteśmy w Japonii :)
Nie jest to może zbyt spektakularny sposób na rozpoczęcie relacji z naszej wyprawy, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, a Pati śpi.
Łatwo nie było - w Warszawce spędziliśmy noc w małym acz bardzo sympatycznym hoteliku. Blysko lotniska - według mnie, a dokładnie według planu. Okazuje się tylko, że w Warszawie, jak przystało na Wielkie Miasto ;P wszystko jest większe niż by się mogło wydawać. Bez problemów jednak dojechaliśmy taryfą do Terminala 1, który okazał się znacznie mniejszy, niż w TV - to tak na wypadek, gdyby ktoś z Was jeszcze na nim nie był, i zastanawiał sie, jak duży jest w rzeczywistości ;D Po bezproblemowym załatwieniu formalności oraz wciśnięciu naszej kokainy do bagażu sympatycznej emerytki z Podlasia wsiedliśmy na pokład samolotu lecącego do Londynu. Musicie wiedzieć, że o ile Pati to już, można powiedzieć, lotniczy weteran, to ja miałem lecieć po raz pierwszy. Spodziewałem się czegoś znacznie straszniejszego - prawdę powiedziawszy bardzo mi się spodobało :) Jedynie lądowanie w Londynie było dość... brzuchoskrętnę, a cała reszta - super :)
Na Heathrow działy się rzeczy straszne - część lotniska, w której pasażerowie przesiadali się z jednego lotu na inny wyglądała tak, jak sobie wyobrażam ambasadę USA w Sajgonie w czasie ewakuacji w '75. Masa ludzi w ścisku czekała na przejście przez kontrolę bezpieczeństwa (nie wiedzieć po co, skoro już przeszli na poprzednim lotnisku). Jakimś cudem nikt nikogo nie zabił i udało nam się przetrwać. Przeczekawszy bodaj 3 godziny, kolejny raz byliśmy gotowi do odlotu... :)
Już na początku lotu w naszym rzędzie zapanowała morowa atmosfera po tym, jak Pati pokłóciła się z siedzącym obok Chińczykiem o podłokietnik. Z obu stron padły przykre słowa, i cała sprawa groziła przeistoczeniem się w międzynarodowy konflikt, dlatego pani sewardessa zagroziła, że ich rozsadzi. Pati nie chciała mnie zostawić samego na pastwę Chińczyka, a Chińczyk powiedział, że nie będzie się nigdzie nie ruszał, bo jak jego wujka raz przesadzili to potem przez 3 lata robił tenisówki. Tym sposobem oboje się do siebie nie odzywali do końca lotu.
Ja w tym czasie podziwiałem widoki... ok, nie było widoków. Pół lotu było ciemno, a drugie pół widać było głównie chmury. Też dobrze, a co :) Swoją drogą naszła mnie refleksja, że chmury z góry wyglądają prawie dokładnie tak samo, jak z dołu. O czym to świadczy?
Po wylądowaniu w Hong Kongu przeszliśmy kolejną kontrolę, choć ta była szybka i bezproblemowa. Poza tym wszelkie niedogodności łagodził widok - spowite w nisko wiszących chmurach wzgórza tuż za lotniskiem były doprawdy wspaniałe. Zresztą zobaczcie sami!
Z okazji igrzysk w Pekinie Jackie Chan prezentuje nowy styl. Podobno ktoś kiedyś zapytał go - Jackie, walczyłeś już drabinami, meblami innymi dziwnymi rzeczami. Czy umiałbyś walczyć wszystkim? Mistrz odpowiedział - Oczywiście. Wybierz mi przedmiot, a opanuję go do perfekcji. Człowiek ów wyjął z portfela swoją Visę i Jackie musiał opanować trudną sztukę walki kartą. Niewidoczna na zdjęciu część tekstu brzmi: to die is to mess with Jackie Chan when he's shopping!" ;D
Łatwo nie było - w Warszawce spędziliśmy noc w małym acz bardzo sympatycznym hoteliku. Blysko lotniska - według mnie, a dokładnie według planu. Okazuje się tylko, że w Warszawie, jak przystało na Wielkie Miasto ;P wszystko jest większe niż by się mogło wydawać. Bez problemów jednak dojechaliśmy taryfą do Terminala 1, który okazał się znacznie mniejszy, niż w TV - to tak na wypadek, gdyby ktoś z Was jeszcze na nim nie był, i zastanawiał sie, jak duży jest w rzeczywistości ;D Po bezproblemowym załatwieniu formalności oraz wciśnięciu naszej kokainy do bagażu sympatycznej emerytki z Podlasia wsiedliśmy na pokład samolotu lecącego do Londynu. Musicie wiedzieć, że o ile Pati to już, można powiedzieć, lotniczy weteran, to ja miałem lecieć po raz pierwszy. Spodziewałem się czegoś znacznie straszniejszego - prawdę powiedziawszy bardzo mi się spodobało :) Jedynie lądowanie w Londynie było dość... brzuchoskrętnę, a cała reszta - super :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)