wtorek, 25 września 2007

No i tak - jesteśmy w Japonii :)


Nie jest to może zbyt spektakularny sposób na rozpoczęcie relacji z naszej wyprawy, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, a Pati śpi.

Łatwo nie było - w Warszawce spędziliśmy noc w małym acz bardzo sympatycznym hoteliku. Blysko lotniska - według mnie, a dokładnie według planu. Okazuje się tylko, że w Warszawie, jak przystało na Wielkie Miasto ;P wszystko jest większe niż by się mogło wydawać. Bez problemów jednak dojechaliśmy taryfą do Terminala 1, który okazał się znacznie mniejszy, niż w TV - to tak na wypadek, gdyby ktoś z Was jeszcze na nim nie był, i zastanawiał sie, jak duży jest w rzeczywistości ;D Po bezproblemowym załatwieniu formalności oraz wciśnięciu naszej kokainy do bagażu sympatycznej emerytki z Podlasia wsiedliśmy na pokład samolotu lecącego do Londynu. Musicie wiedzieć, że o ile Pati to już, można powiedzieć, lotniczy weteran, to ja miałem lecieć po raz pierwszy. Spodziewałem się czegoś znacznie straszniejszego - prawdę powiedziawszy bardzo mi się spodobało :) Jedynie lądowanie w Londynie było dość... brzuchoskrętnę, a cała reszta - super :)

Na Heathrow działy się rzeczy straszne - część lotniska, w której pasażerowie przesiadali się z jednego lotu na inny wyglądała tak, jak sobie wyobrażam ambasadę USA w Sajgonie w czasie ewakuacji w '75. Masa ludzi w ścisku czekała na przejście przez kontrolę bezpieczeństwa (nie wiedzieć po co, skoro już przeszli na poprzednim lotnisku). Jakimś cudem nikt nikogo nie zabił i udało nam się przetrwać. Przeczekawszy bodaj 3 godziny, kolejny raz byliśmy gotowi do odlotu... :)



Już na początku lotu w naszym rzędzie zapanowała morowa atmosfera po tym, jak Pati pokłóciła się z siedzącym obok Chińczykiem o podłokietnik. Z obu stron padły przykre słowa, i cała sprawa groziła przeistoczeniem się w międzynarodowy konflikt, dlatego pani sewardessa zagroziła, że ich rozsadzi. Pati nie chciała mnie zostawić samego na pastwę Chińczyka, a Chińczyk powiedział, że nie będzie się nigdzie nie ruszał, bo jak jego wujka raz przesadzili to potem przez 3 lata robił tenisówki. Tym sposobem oboje się do siebie nie odzywali do końca lotu.


Ja w tym czasie podziwiałem widoki... ok, nie było widoków. Pół lotu było ciemno, a drugie pół widać było głównie chmury. Też dobrze, a co :) Swoją drogą naszła mnie refleksja, że chmury z góry wyglądają prawie dokładnie tak samo, jak z dołu. O czym to świadczy?










Po wylądowaniu w Hong Kongu przeszliśmy kolejną kontrolę, choć ta była szybka i bezproblemowa. Poza tym wszelkie niedogodności łagodził widok - spowite w nisko wiszących chmurach wzgórza tuż za lotniskiem były doprawdy wspaniałe. Zresztą zobaczcie sami!







Z okazji igrzysk w Pekinie Jackie Chan prezentuje nowy styl. Podobno ktoś kiedyś zapytał go - Jackie, walczyłeś już drabinami, meblami innymi dziwnymi rzeczami. Czy umiałbyś walczyć wszystkim? Mistrz odpowiedział - Oczywiście. Wybierz mi przedmiot, a opanuję go do perfekcji. Człowiek ów wyjął z portfela swoją Visę i Jackie musiał opanować trudną sztukę walki kartą. Niewidoczna na zdjęciu część tekstu brzmi: to die is to mess with Jackie Chan when he's shopping!" ;D

Brak komentarzy: